Malta kojarzy nam się z pocztówkowymi widokami, lazurową wodą i wiecznym słońcem. To kierunek, który od lat przyciąga rzesze podróżników – Polacy są dziś trzecią najliczniej odwiedzającą tę wyspę nacją. Jednak czy za turystycznym blaskiem kryje się prawdziwe życie, z dala od folderów biur podróży? O tym, jak wygląda codzienna rzeczywistość na archipelagu, rozmawialiśmy w audycji „Między biegunami” w Radiu Kraków z Karoliną Miller i Piotrem Andruszko, autorami bloga podróżniczego Rude i Czarne oraz najnowszej książki „Malta. Między festą a sjestą”.
Od rocznego eksperymentu do dziewięciu lat na wyspie
Decyzja o przeprowadzenia się na Maltę rzadko jest dziełem przypadku. Dla Karoliny i Piotra wszystko zaczęło się ponad dziewięć lat temu od chęci ucieczki od utartego schematu: studiów, pracy, kredytów i zakładania rodziny w Polsce.
„To miał być roczny eksperyment, ucieczka od rutyny, ale Malta tak nas uratowała i oczarowała, że zostaliśmy na stałe” – wspominają autorzy.
Wybór państwa położonego między Europą a Afryką nie był przypadkowy. Zaważył tu łatwy dostęp do słońca, morza oraz fakt, że angielski jest urzędowym językiem, co drastycznie ułatwia znalezienie pracy i codzienne funkcjonowanie.

Festa a sjesta – dwie twarze maltańskiego charakteru
Tytuł książki – „Między festą a sjestą” – idealnie oddaje skrajności, z jakimi mierzą się mieszkańcy Malty. Z jednej strony mamy zamiłowanie do celebrowania życia. Maltańskie festy to huczne, głośne święta parafialne z procesjami, muzyką, wszechobecnymi fajerwerkami i hektolitrami wina. Z drugiej strony – południowa sajesta, czyli filozofia niespieszności, celebrowania wolnego czasu i brak wszechobecnego w Europie pędu.
„A z drugiej strony mamy sjestę, czyli oni kochają pielęgnować swoje życie, oni się nigdzie nie śpieszą. Oni potrzebują odpoczynku” – opowiadają goście programu.
To zderzenie sprawia, że Maltańczycy potrafią cieszyć się chwilą w sposób, którego mieszkańcom Europy Środkowej często brakuje.
Cienie raju: Overtourism, betonizacja i urzędowa cierpliwość
Choć wizja życia w śródziemnomorskim słońcu brzmi jak sen, Rude i Czarne nie lukrują rzeczywistości. Na wyspie zamieszkałej na stałe przez niespełna pół miliona ludzi pojawia się rocznie ponad 4 miliony turystów. Skala tego zjawiska zaczyna budzić napięcia.
„Zaczynają się też takie opinie wśród mieszkańców, czy to już jest overtourism, czy jeszcze nie” – zauważają autorzy.
Do tego dochodzi intensywny rozwój deweloperski, który budzi kontrowersje:
„Mamy wyspę Comino, (…) a nagle w tym momencie wycina się 800 drzew i okazuje się, że nagle będzie tam budowany hotel. (…) To są hotele, których nie widać, oczywiście, tylko je słychać” – alarmują autorzy, wskazując na drugą, ciemniejszą stronę turystycznego boomu.
W codziennym życiu trzeba też uzbroić się w anielską cierpliwość do lokalnej biurokracji i procedur, które potrafią przetestować nerwy każdego, kto przywykł do europejskiej cyfryzacji i załatwiania spraw „jednym kliknięciem”.
Gdzie uciec od tłumów? Malta kontra Gozo
Dla osób szukających ucieczki od zgiełku głównych kurortów, zbawienne okazuje się sąsiednie, bardziej zielone i senne Gozo.
„Gozo jest zdecydowanie miejscem, gdzie maltańczyci z tej głównej wyspy najczęściej udają się na urlop. (…) Jest spokojniejsze, sielankowe, dużo mniej zabudowane” – tłumaczą autorzy.
Pobyt na Gozo porównują do wizyty u babcii na wsi lub dawnych wyjazdów „na wywczas”, gdzie czas płynie o wiele wolniej, a akumulatory ładowane są w otoczeniu nienaruszonej przyrody.

Czy warto poznać drugą stronę medalu?
Książka Karoliny Miller i Piotra Andruszko to nie kolejny powtarzalny przewodnik z listą top 10 zabytków. To dojrzały, pełen refleksji i humoru reportaż o kraju kontrastów – o miejscu, które bywa trudne, głośne i bezkompromisowe, ale jednocześnie niesamowicie barwne i uzależniające.
Jeśli planujesz podróż na południe lub marzysz o tym, by rzucić wszystko i zamieszkać na śródziemnomorskiej wyspie, lektura „Malta. Między festą a sjestą” będzie doskonałym punktem wyjścia, by spojrzeć na ten kierunek zupełnie na nowo.










