Początek września to w kalendarzu rocznica jednego z najbardziej spektakularnych wyczynów w historii polskiego wspinania. Dikładnier 1 września 1996 roku Krzysztof Wielicki zdobył Nanga Parbat – samotnie, nową drogą i w zaledwie kilka dni. Wyczyn ten domknął jego drogę do Korony Himalajów i Karakorum. Jednak w szarych realiach PRL-u to nie tylko rekordy, ale sama możliwość ucieczki w góry dawała polskim wspinaczom upragnioną przestrzeń, wolność i cel.
O kulisach tamtych lat, przełamywaniu własnego strachu oraz o tym, jak pierwsze kroki na małej skałce doprowadziły do samotnych podbojów ośmiotysięczników, w audycji Między Biegunami Radia Kraków rozmawiali Jakub Niziński i Bartłomiej Piziak. Ich gościem na tarasie swojego domu w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej był jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii – Krzysztof Wielicki.
Samotny ekspres na Nanga Parbat i historyczne Lhotse
Początek września 1996 roku zapisał się w historii polskiego wspinania w sposób szczególny. To właśnie wtedy Wielicki w niesamowitym stylu stanął na szczycie Nanga Parbat (8125 m n.p.m.), kończąc zdobywanie wszystkich 14 ośmiotysięczników. Zrobił to solo, wytyczając na ścianie Diamir nową drogę.
Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy postawił wszystko na jedną kartę. Równie niezwykłym epizodem w jego karierze było pierwsze zimowe i samotne wejście na Lhotse pod koniec 1988 roku, gdzie zdobył szczyt zaledwie chwilę po poważnym urazie kręgosłupa, zapięty w ortopedyczny gorset.
Głód sukcesu, emocji i chęć zrobienia czegoś niewiarygodnego powoduje, że człowiek próbuje oszukać własny organizm.– wspomina po latach Krzysztof Wielicki.
O skrajnym ryzyku podczas ataku na Lhotse nie miał pojęcia nawet lekarz wyprawy:
Lekarz nic nie wiedział. Gdyby wiedział, że chcę iść na szczyt w tym gorsecie, prawdopodobnie zamknąłby mnie w namiocie na klucz.
Gdy stan zdrowia pozostałych wspinaczy wykluczył ich z dalszej akcji, a okno pogodowe otworzyło się na chwilę, Wielicki podjął szybką decyzję:
Gdy zobaczyłem, że pogoda się poprawia, a koledzy nie mają siły iść dalej, wiedziałem, że to może być moja jedyna szansa. W góry wysokie nie idzie się po to, żeby czekać, tylko żeby działać.
Wspomnienie Jerzego Kukuczki: Jurek miał w sobie niezwykły upór
W rozmowie pojawił się także wątek drugiej wielkiej postaci światowego himalaizmu – Jerzego Kukuczki, drugiego zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum. Krzysztof Wielicki wspomina go jako człowieka o wręcz nieludzkiej odporności psychicznej.
Jurek Kukuczka był niesamowity pod jednym względem – potrafił cierpieć głośno, ale nigdy się nie poddawał. Miał absolutną, wręcz niewyobrażalną odporność na trudy i brak komfortu.
Podejście Kukuczki mocno wpływało na atmosferę w całym zespole:
Dla Jurka góry były wszystkim. Kiedy inni mówili, że warunki są zbyt niebezpieczne albo że jest zbyt zimno, on po prostu pakował plecak i szedł w górę. Ta jego siła psychiczna udzielała się całej reszcie wyprawy.

Od strachu w Górach Sokolich do potęgi Lodowych Wojowników
Początki wspinaczkowe Wielickiego wcale nie zapowiadały wielkiej kariery. Sam z dystansem wspomina swoje pierwsze próby w Górach Sokolich za czasów studiów na Politechnice Wrocławskiej.
Wlazłem na 8-metrową skałkę, sparaliżował mnie strach i nie mogłem zejść. Ale kiedy zjechałem na dół na linach, odwróciłem się do kumpla i powiedziałem: »Marek, to jest to!«.
Dlaczego akurat Polacy w latach 70. i 80. zdominowali zimowy himalaizm? Zdaniem Wielickiego kluczowa była po prostu chęć wyrwania się z ówczesnej rzeczywistości.
Szary PRL nas uwierał. Góry były naszą wolnością, a Himalaje zimą – jedynym miejscem, gdzie mogliśmy jeszcze wpisać się do historii, bo wszystko inne latem zdobyli już inni. Zimowy himalaizm to nie jest sport dla ludzi szukających komfortu. To jest ciągła walka z zimnem, wiatrem i własną słabością.
Wzór i partnerstwo: Wanda Rutkiewicz i szkoła klubowa
W wywiadzie nie zabrakło ciepłych słów o Wandzie Rutkiewicz – pierwszej Europejce na Mount Everest i pierwszej kobiecie na K2, która prowadziła pierwsze kursy, w których brał udział Wielicki.
Wanda była bezkompromisowa i bezwzględnie dążyła do celu. W męskim świecie musiała walczyć dwa razy mocniej, by udowodnić swoją wartość – i zrobiła to z nawiązką. Była dla nas wzorem i szefową na pierwszych kursach, a jednocześnie osobą niezwykle ciepłą i opiekuńczą poza samym wspinaniem.
Wielicki zwrócił też uwagę na klimat dawnych Klubów Wysokogórskich, w których kluczowa była odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Kiedyś, żeby wejść do Klubu Wysokogórskiego, trzeba było mieć dwóch wprowadzających. Oni nie tylko ręczyli za twoje umiejętności, ale i za to, jakim jesteś człowiekiem. Dziś to zniknęło, a szkoda, bo góry wymagają zaufania. Prawdziwe partnerstwo w górach buduje się na dole, w klubach, przy wspólnych rozmowach i treningach. Na ośmiu tysiącach metrów musisz wiedzieć, na kogo możesz liczyć.

Spokój na Jurze zamiast zgiełku Tatr
Od ponad 25 lat Krzysztof Wielicki mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pytany o to, dlaczego wybrał właśnie ten region, odpowiada wprost:
Jura ma w sobie spokój. Masz tu skały pod nosem, świetne trasy rowerowe i przestrzeń, ale nie ma tego masowego pędu, który paraliżuje dzisiejsze Tatry.










