Kiedyś wyjazd na wakacje oznaczał po prostu leżakowanie na plaży albo zwiedzanie zabytków z przewodnikiem w ręku. Dziś coraz częściej szukamy w podróżach konkretnego pretekstu i emocji. Jednym z najszybciej rosnących trendów staje się turystyka tenisowa.
O kulisach podróżowania śladem największych turniejów świata w audycji „Między biegunami” na antenie Radia Kraków opowiadał Stanisław Skotnicki – podróżnik, pasjonat tenisa i twórca biura Relaksmisja.
Cztery turnieje, cztery różne światy
Wielki Szlem w tenisie to cztery imprezy: Australian Open, Roland Garros, Wimbledon i US Open. Dla tenisistów to szczyt kariery, a dla kibiców – idealny powód, by ruszyć w świat i zaliczyć własną „Koronę Ziemi”.
Jak mówił na antenie Radia Kraków w rozmowie z nami Stanisław Skotnicki, kibicowanie z trybun całkowicie zmienia perspektywę:
„Mecz w telewizji pokazuje tylko ułamek tego, czym naprawdę jest turniej wielkoszlemowy. Na miejscu wnikasz w cały ekosystem – od zapachu ciętej trawy, przez specyficzną kulturę kibicowania, aż po tętniące życiem miasto, które na dwa tygodnie całkowicie zmienia swój rytm.”
Co ciekawe, każdy z tych turniejów to zupełnie inny klimat:
-
Melbourne (Australian Open): Środek lata, luz i genialna, wakacyjna atmosfera.
-
Paryż (Roland Garros): Zapach mączki ceglanej, europejski styl i paryskie kawiarnie.
-
Londyn (Wimbledon): Tradcyjna biel strojów, truskawki ze śmietanką i słynne stanie w kolejce po bilety (The Queue).
-
Nowy Jork (US Open): Amerykański rozmach, mecze w nocy i wielkie widowisko w środku tętniącej życiem metropolii.
Efekt Igi Świątek i wspólne kibicowanie
Sukcesy Igi Świątek czy Huberta Hurkacza sprawiły, że Polacy coraz chętniej pakują rakiety lub po prostu bilety i lecą na drugi koniec świata. Wyjazdy na mecze przestały być domeną wąskiej grupy elit.
W studiu Radia Kraków w „Między biegunami”, Skotnicki zwrócił uwagę, że chodzi tu o coś więcej niż sam sport:
„Samo oglądanie gry to za mało. Polscy kibice chcą tam być, by tworzyć wspólnotę. Kiedy słyszysz polski doping na kortach w Paryżu czy Nowym Jorku, czujesz, że turystyka sportowa to przede wszystkim relacje i ogromne emocje, które zostają z ludźmi na lata.”

Jak to ogarnąć logistycznie?
Zorganizowanie takiego wyjazdu na własną rękę bywa spore wyzwaniem. Ceny noclegów w miastach gospodarzach idą w górę, a zdobycie biletów na oblegane mecze wymaga sprytu lub łutu szczęścia.
Dzieląc się swoimi patentami, nasz gość zaznaczył:
„Dobre zaplanowanie takiego wyjazdu wymaga wiedzy i doświadczenia. Turnieje wielkoszlemowe borykają się z ogromnym popytem na bilety. Kluczem jest połączenie logistyki meczowej z elastycznym planem na zwiedzanie, tak aby wyjazd był pełnowartościową podróżą, a nie tylko wizytą na obiekcie sportowym.”
Coraz częściej łączy się też kibicowanie z graniem – kibice zabierają ze sobą sprzęt i w przerwach między meczami profesjonalistów sami wychodzą na lokalne korty.

Jak zacząć przygodę z turystyką tenisową?
Jeśli chcesz spróbować takiego podróżowania, nie musisz od razu lecieć na drugi koniec świata. Świetnym „rozgrzewkowym” krokiem są bliższe turnieje z cyklu ATP lub WTA, np. w Rzymie, Madrycie czy Berlinie. Pozwalają one poczuć atmosferę światowego tenisa bez konieczności planowania skomplikowanej wyprawy międzykontynentalnej. Często to właśnie taki mniejszy wyjazd staje się iskrą, która rozbudza apetyt na kupno biletów do Nowego Jorku czy Melbourne.
Podróżuj w swoim stylu
Turystyka tenisowa pokazuje, że współczesne podróżowanie coraz rzadziej polega na pasywnym wypoczynku, a coraz częściej na poszukiwaniu unikalnych doświadczeń. Wyjazd na turniej wielkoszlemowy to połączenie sportowej gorączki, poznawania kultury danego kraju i budowania wspomnień, które zostają na całe życie. Bez względu na to, czy sam trzymasz rakietę w dłoni, czy po prostu chcesz poczuć magię trybun – świat stojący pod znakiem tenisa czeka na odkrycie.
